Urodziłam się zimowej nocy na skraju środy popielcowej, czym przyprawiłam Tatę o niepokój, że to zła wróżba. Przyszłam na świat z płaczem. Płakałam długo. Tata też. Po dwunastu godzinach płaczu, który był niezgodą na świat, ucichałam. I ponoć już prawie nigdy więcej nie płakałam. Może dlatego, bo jak stwierdziła Mama, wzięłam się z powietrza.